Atlantyk numer pięć.

3 kwietnia – dzień 1:

Wypłynęliśmy o 1215. W grudniu podczas podejścia do Le Phare Bleu prawie wpadłem na rafę. Wyjście z mariny wyglądało podobnie. Na szczęście po kilku kutwach (i mapie) udało się znaleźć wyjście.
Maćku – spokojnie! Podobno do trzech razy sztuka! 😉
Pierwsze stawianie grota, pierwszy ref, pierwsze problemy. Taśma od lazy baga wkręciła się w bloczek talii grota. Szybka operacja, kilka kutew i płyniemy dalej.

4 kwietnia – noc pierwsza, dzień drugi.

Nad ranem dorwał nas szkwał. Szybkie zwijianie foka, drugi ref na grocie, trochę nerwów, kilka kutew i… Przeszło. Rozwijamy foka na 2gim refie i jedziemy dalej.

5 kwietnia – noc druga, dzień 3.

Uff, Gwadelupa. Nocne łapanie zasięgu w celu naprawy mojego ‚ukochanego’ oprogramowania do Iridium zakończone niepowodzeniem, bo… Plus nie chce się połączyć z francuskim roamingiem na Gwadelupie. Może rano się uda. Kilka godzin snu w dryfie w osłonie wyspy.
Poranne rzucenie kotwicy w zatoczce, ostatnie czyszczenie dna przed wyruszeniem, skorzystanie z hotspotu WiFi z telefonu Stefana, instalacja programu na tablecie i w drogę. Gwadelupa żegna deszczem i szkwałem. Też nie będę za nią tęsknić, a co!

6 kwietnia – dzień 4.

Skoro Iridium działa, to… Prognoza pogody, komunikacja z innymi jachtami, kilka maili. Wyspany. Słońce, dość mocny wiatr. Za rufą szumi, znaczy się – jest szybko. Jest dobrze.
Ale nie za dobrze.
Problem. Wieczorem zauważyłem przetarcie liny roler foka. Zagwozdka – nie mam zapasu, nie mogę liny bezczelnie uciąć i związać. Przez maila wezwałem posiłki. Dobre rady zawsze w cenie.

7 kwietnia – dzień 5.

Czas na naprawę. Trochę kombinowania i jest, działa. Mój mały Frankenstein, czyli roler foka z systemem zwijania w te i we w te (czy jak to się poprawnie pisze).
Naprawione. Choć naprawdę wolę dni bez takich wyzwań i niespodzianek.
W nocy widziałem kilka spadających gwiazd.
‚Bez awarii, w spokoju, do celu’ myślę za każdym razem.

8 kwietnia – dzień 6.

Pełne żagle, jeden silnik, płaskie morze. Jest dobrze. Choć bez wspomagania silnika byłoby lepiej…
Pierwsza próba połowu. Trzymamy kciuki, jedyna przynęta na pokładzie.
9 kwietnia – dzień 7.

Wiatru (prawie) brak, ryby brak, za to Morze Sargasowe w pełni – co chwila jakieś plamy wodorostów na morzu.
Przebijamy się przez wyż na północ – tam za dzień, dwa będzie więcej wiatru.
Na razie plaża, książka i M&M’sy.

10 kwietnia – dzień 8.

Autostrada – równolegle z nami jeden statek płynie w drugą stronę, dwa duże transporty z nami plus 38 metrowy jacht płynący do Gibraltaru. Mają chłopaki zabawę – pełne żagle, 11 węzłów prędkości.

11 kwietnia – dzień 9.

O-o. Poranna (świtowa) wachta w skarpetka he, butach i polarem pod sztormiakiem. Atak zimy na Atlantyku! 😉

Jest! Ryba! Znaczy się – była ryba… Ponieważ zniknęła przynęta i kawałek żyłki… Eh. Szkoda.

12 kwietnia – dzień 10.

Zauważyłem początki przetarcia na oplocie fału grota tuż przy topie masztu tam, gdzie fał pracuje na bloku od żagla. Kutwaaaaaaaaaaaa!
Kilka miesięcy temu wjeżdżałem na maszt na oceanie, żeby usunąć identyczną awarię. We dwóch wjeżdżaliśmy. Za czwartym razem się udało prowizorycznie naprawić. Obiecałem sobie – nigdy więcej.
Uff, tryb oszczędzania grota włączony. Byle do Azorów. 1200 Nm do celu.

13 kwietnia – dzień 11.

Od 2giej w nocy do rana – leje i mocno wieje.
Taka pogoda to pierwszy realny test dla nowego sztormiaka. Uff, udało się. Jestem zadowolony.
Żeglarsko – drugi ref na grocie, trzeci na foku – plyniemy 7-8 węzłów. Sterowanie ręczne, nie chcę przeciążenia autopilota.
Wieczorem – niespodzianka pod tytułem ‚Świat jest mały’. Na (prawie) środku oceanu w odległości pół mili przecinamy kurs znajomego katamaranu Blue Ocean. Krótka rozmowa na radiu i człowiek od razu czuje się lepiej. Robimy zwrot i płyniemy za nimi – też płyną na Azory, choć na inną wyspę. Po cichu im wybaczam… 😉

14 kwietnia – dzień 12.

Do porannej garderoby dołączyły goreteksowe skarpetki i czapka. Na śniadanie, przed wachtą – gorąca zupa. Dzień dobry bardzo.

15 kwietnia – dzień 13.

Portugalia coraz bliżej, więc… Po wodzie dryfują sobie (lub raczej – płyną z wiatrem) portugalscy żeglarze. Żyjątka takie – Portuguese Man-o-war. Śmiertelnie niebezpieczne.

Ps. Do celu mniej niż 1000 mil!

16 kwietnia – dzień 14.

W nocy przed dziobem spalił się meteor. Wow. Prawie jak fajerwerki na nocnym niebie!

17 kwietnia – dzień 15.

Pełnia księżyca, bezchmurne niebo, 20 węzłów wiatru z baksztagu. Życie jest piękne.

18 i 19 kwietnia – dzień 16 i 17

Regaty z frontem, regaty.
194.4 Nm / 24h.

20, 21, 22 kwietnia – dzień 18 i 19ty.

Regaty wygrane. No, trochę dostaliśmy w dupę (dosłownie – z baksztagu) – ogarnięte.
Lany Poniedziałek – lane piwo w Ponta Delgada. Uff.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii z plecakiem tu i tam. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.